Jesteśmy normalni

0
544

Każda impreza kartingowa na której mogę być, ale również ta, na której być nie mogę, jest dla mnie świętem. Gdy jednak mogę wyjechać na tor, to już nic więcej nie muszę dodawać.

Miniony weekend spędziłem w kartingowym kościele. Dzięki Automobilklubowi Rzemieślnik, Promotorowi ROK Cup Poland Panu Andrzejowi Ościkowi, oraz dzięki „Ładasiowi”, czyli Adamowi Kiełkiewiczowi mogliśmy pojeździć w rygorze zawodów. Trzymając się harmonogramu, pilnując czasów stawienia się na polach przedstartowych, poczuliśmy atmosferę zawodów kartingowych.

Najnowszy kartingowy obiekt w naszym kraju, czyli Autodrom Słomczyn tylko podkreślił wyjątkowość tego wydarzenia. Kilku z nas specjalnie na ten weekend zrobiło licencję, coś, o czym już dawno zapomnieliśmy że trzeba posiadać, ale co pozwoliło nam w tym rygorze o którym wspominałem, wystartować.

Ja na początku podchodziłem do tego sceptycznie, czy te licencje są nam potrzebne, czy nie, ale ostatecznie to udany eksperyment. Bo było nas 11, pokazaliśmy swoją pasję młodszym adeptom sportu kartingowego. Super.

Spodziewałem się, w sumie to nawet się o to martwiłem, że kłopotów przysporzymy więcej. Że więcej będzie z naszego powodu opóźnień w harmonogramie, że cały padok będzie wytykał nas palcami, że przez „nich” nie pojechaliśmy, albo że „oni” nam pokrzyżowali plany. Zresztą byłą jedna sytuacja w ten weekend, w sobotę, kiedy jeden z naszych zawodników – Gienek, oczywiście nie zrobił tego celowo, przerwał na chwilę regularne jak w zegarku starty. Starsze sprzęty, mają to do siebie, cze psują się trochę częściej od tych współczesnych i to miało wówczas miejsce. Gienkowi strzeliło sprzęgło i olej ze skrzyni rozciągnął się tam po kawałku toru. Później trzeba to było posprzątać, co chwilę trwało, ale organizatorzy się z tym sprawnie uporali, a ja obserwując reakcje rodziców, czy samych zawodników w padoku, nie widziałem jakiegoś hejtu w naszą stronę.

Moje odczucia pozostają bardzo pozytywne, nieskromnie powiem, że chyba nas polubiliście w tym padoku, bo jeśli wielu się uśmiecha, część podchodzi, często z rozrzewnieniem wspomina swoje starty i swoje historyczne sprzęty, a inna część – szczególnie ta młodsza – z zaciekawieniem pyta o wszystko czego nie znają ze swoich sprzętów, to uważam, że wstydu sobie ani inicjatywie retro-kartów nie przynieśliśmy. Poza tym uważam, że ta nasza pasja nie różni się od tej, którą mają obecnie kierowcy. Różni nas tylko wiek naszych wyścigówek i waga samych kierowców.

Z ciekawością oglądałem też kolejne wyścigi ROK Cup Poland. Fascynujące było patrzeć na tych najmłodszych – Baby ROK , Mini ROK – podziwiając ich walkę na torze, zaangażowanie. Patrzyłem też, tak po czasach, gdzie z tymi naszymi czasami okrążeń znaleźli byśmy się w stawce pucharu. Konkluzja jest taka, że patrząc tylko na najlepsze czasy w naszym wykonaniu, to bylibyśmy w końcówce stawki Junior ROK. Pamiętajmy też o tym, że w naszym wieku i przy naszej wadze, no i oczywiście z naszym trybem życia – nie do końca poświęconemu sportowi – nie jeździmy regularnie jak ci młodzi adepci sportu kartingowego. Wielki podziw i ukłony dla nich.

To był kolejny w tym roku weekend retro kartingowy, ale pierwszy w rygorze zawodów. Za nami bardzo licznie obsadzone spotkania w Zielonej Górze oraz Koszalinie, na zasadach wypracowanych przez Retro Kart Białystok w ubiegłym roku, czyli „luz bluz, w niebie same dziury”.

Oczywiście byli i sędziowie i regulamin nas obowiązywał, ale generalnie to taka retro-zabawa. W Zielonej Górze było nas blisko 50 zawodników, w Koszalinie ponad 70-ciu. Szczególnej uwadze polecam kategorię Formuła C – gdzie współcześnie to są shiftery. Na starcie stanęło 24 zawodników (pamiętam dokładnie tylko dlatego, że w naszych imprezach nie ma czasówek, a miejsca startowe się losuje i ja wylosowałem ostatnie – 24. miejsce).
Powiem szczerze, że śledząc zawody i rywalizację kartingową, to tylu kierowców w kategorii biegowej nie było na starcie zawodów kartingowych w naszym kraju od początku lat 90-tych ubiegłego stulecia. Brawo dla tych wszystkich, którzy odkopali swoje sprzęty i przygotowali na start w tej imprezie i każdej retro-kartingowej.

Co dalej. Szczerze, to myślę o tym, każdego dnia i dochodzę do takiej konkluzji, że tych 4-5-6 imprez retro kart w naszym kraju, to jest optymalna liczba. Ja nie będę stawał na głowie i chodził na uszach, by kogokolwiek na siłę ściągnąć na tor. Naszym mottem jest to, że jesteśmy prawdziwi i nie oszukujemy i mówimy sobie wszystko prosto w twarz. Dlatego też tych retro-świrów jest coraz więcej. Bo oni widzą, że nie robimy tego dla interesu, dla zarobienia pieniędzy, ale z czystej pasji.

Jestem przekonany, że ta formuła spotkań retro, nam nie ucieknie. Pewnie będziemy spotykać się raz do roku w rygorze sportowo-harmonogramowo-rywalizacyjnym, ale generalnie nasze spotkania będą oparte na pierwotnym regulaminie opracowanym przez Retro Kart Białystok. Myślę, że w naszej idei, jeśli tak można to nazwać, nie chodzi o ściganie się (choć w każdym z nas gra struna rywalizacji) ale o to, by spotkać „drugiego takiego świra jak ja”, by pochwalić się swoim odrestaurowanym kartem, by powspominać rywalizację sprzed lat, by zadbać o stare przyjaźnie, by swoją miłość do kartingu pielęgnować.

O frekwencję też jestem spokojny. Na kolejnych imprezach pojawiają się „nowi” ludzie. A ci, którzy już byli na takim retro-spotkaniu wracają bardzo chętnie. Mamy połowę lipca, nasze Drugie Grand Prix Retro Kart Białystok w ostatni weekend sierpnia, a my mamy już na liście zgłoszeń 32 zawodników. Mniemam, że będzie ich więcej niż w roku ubiegłym.

Grzegorz Lisowski, „Retro Kart Białystok”